Cześć, no ten, nie umiem pisać wstępów, powitań i tym podobnych rzeczy, dlatego też nie będzie to kreatywne i wyrafinowane, czy coś w ten deseń. Ostrzegę tylko, że jeśli zobaczycie błąd fonetyczny, gramatyczny, ortograficzny, tudzież inny to jest to wina mojego wieku( tak, wiem, jest to słaby argument, ale 13. latka nie będzie pisała jak jakiś wykwintny poeta) lub oceny z polskiego, od kilku lat mam tróję, a wydaje mi się, że ona nie jest za nic, i łaskawie proszę o poprawienie. A więc, dam Wam do przeczytania coś, co napisałam przed chwilą, w wyniku mojej chandry, mam nadzieję, że nie jest takie złe.
Twoja krew tak cholernie wyróżniała się na białych kafelkach. Krew, rubinowa, gęsta, ohydna, oznaczająca śmierć. Nigdy nie lubiłem krwi. A teraz widziałem Cię w łazience, z bladym, martwym uśmiechem na ustach. Krew sączyła się z wyrytego napisu na Twym przedramieniu. Napisem było Jego imię. Wyryłeś Jego imię. A więc kochałeś Jego, a nie mnie... Ale dlaczego do cholery Jego?! Osobę, która zabrała Ci cnotę, osobę, która Cię biła, krzywdziła, niszczyła. Ale to ja zawsze przy Tobie byłem, pocieszałem Cię, przytulałem, zaopiekowałem się Tobą! A teraz klęczę przez Twoim martwym ciałem. Ja, nie On. Twoja krew otaczała mnie, Ciebie wszystko, a moje łzy mieszały się z nią, skapywały z lekkim odgłosem, a przerażającą ciszę przerwał donośny krzyk wyrywający się z mojego gardła. Nie, to nie ja krzyczałem, nie ja, moja dusza. Moja dusza łkała, wrzeszczała, ja byłem w szoku i patrzyłem na Ciebie. Miałem Twą krew na rękach, skapywała mi z palców, maczałem w niej ręce i wylewałem z powrotem w wielką kałużę, i tak w kółko, nabierałem, wylewałem. Śmiałem się i płakałem, łkałem. Poszedłem po nóż. Zostawiłem po sobie czerwone ślady. Zamoczyłem nóż w Twojej krwi i przejechałem delikatnie po Twojej ranie, żeby Cię nie bolało. To śmieszne, nie żyjesz.
Krew krzepła. Nóż położyłem obok Twojego ciała. Wyjąłem komórkę z kieszeni i zadzwoniłem na policję. Powiedziałem, że Cię zabiłem. A potem tylko siedziałem. Radiowóz przyjechał, zakuli mnie w kajdanki, a funkcjonariusze zaczęli przeszukiwania.
Każdej nocy mnie odwiedzasz, widzę Twoją martwą twarz, widzę Twoją krew na moich dłoniach, widzę Cię, krzyczę, płaczę, w końcu wrzeszczę. Pięć razy byłem w izolatce, śmiałem się z ich głupoty. Śmieję się nadal.
Witam,
OdpowiedzUsuńOch! Jestem pierwszą komentatorką na blogu!! Ale się cieszę.
Na samym początku powiedziałaś o błędach... cóż jedynym błędem jest to, że słowa: twój, ci, cię, ty - piszemy z dużej litery tylko w listach.
Trzynaście... gdybyś nie napisała to strzelałabym na pietnaście-szesnaście.
Wyjątkowo przypadł mi do gustu ten ons shot. Krótkie i trafiające jak strzała w serce. Ładnie współgra i odzwierciedla psychikę oraz sytuację bohatera. Czuć zazdrość. I bardzo dobrze! Jestem zadowolona, że trafiłam na w miarę poważny blog, a nie w słitaśny, przesłodzony i ukeśowy raj.
Ale tutaj czuć samotność tej osoby!
Na blogu radziłabym ci, abyś stworzyła spis treści. Pomaga to w odnajdowaniu rozdziałów. Chociaż blog jest nowy to na przyszłość bardzo dobry pomysł. Strzeliłaś w dobrą kolorystykę. Biało-szaro-czane kolory są najlepsze. Czemu? Bo przejrzyste. Poza tym nie ma nic gorszego niż żarówiaste barwy.
Nie mogę się doczekać kolejnych rozdziałów. Chciałabym, żebyś więcej pisała takich krótkich notek, bo po pierwszym razie można wiedzieć i oczekiwać po tobie pewnych rzeczy.
Zaprezętowałaś sobą wążny poziom. Nie spie**ol tego.
Wena, jak powszechnie wiadomo - raz jest, raz nie ma - dlatego chcę, abyś miała jej dużo.
Pozdrawiam, Kaminaka-chan
PS: Jeżeli nie odpowiesz mi na komentarz w następnym rozdziale to możesz przygotować się na pokój bez klamek... nie pytaj!